poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Od Jeana.

Zaczął się kolejny zwykły dzień. Z samego rana obudziły mnie hałasy dochodzące z sąsiedniego pokoju. Mozolnie otworzyłem oczy i spojrzałem na zegarek. Była godzina piąta rano. Mruknąłem wściekle i zerwałem się z łóżka zmierzając na korytarz. Otworzyłem cicho drzwi i stanąłem przed sąsiednimi. Walnąłem w nie, mówiąc:
-Kevin! Ciszej trochę! - szybko muzyka ucichła i na zewnątrz wyszedł mój bardzo dobry przyjaciel, który od jakiegoś czasu mieszkał razem ze mną i właśnie dziś wyprowadzał się na własną chatę.
-Sorry, stary. Chciałem sprawdzić sprzęt przed dzisiejszą domówką. Rano przyjeżdżają goście od przeprowadzek i chciałem wszystko przygotować. - wytłumaczył się.
-Aaa... spoko. Kompletnie o tym zapomniałem. - podrapałem się po karku – Cicho będzie tutaj bez ciebie. - westchnąłem.
-Przecież przeprowadzam się niedaleko. Zawsze jak będziesz się nudził to możesz do mnie wpaść, a nawet przyjść jak mnie nie będzie. - zapewnił – Zapasowe klucze od mojego mieszkania zostawię ci w kuchni. Jak coś nie zawahaj się przyjść. - klepnął mnie po ramieniu.
-Ty też zachowaj moje klucze. Jak coś to wpadaj. - uśmiechnąłem się.
-Dzięki. Słuchaj... dziś nie będzie mnie w szkole. Cały dzień przeznaczę na wypakowywanie i przygotowanie imprezy. Przyjdziesz, prawda? - zapytał, chcąc się upewnić.
-No jasne! Jak mógłbym nie przyjść? - zapytałem, rozkładając ręce.
-Wiem, wiem. Chciałem się tylko upewnić. - poklepał mnie po ramieniu – Zagrasz na mojej imprezie? - zapytał podekscytowany.
-Okey. - wzruszyłem ramionami. Już dawno planowałem dać mały koncert na imprezie Kevina, ale jakoś nie było okazji:
-Dzięki, stary. I jeszcze razy sorki za to, że cię obudziłem.
-Spoko. Lepiej jest być wcześniej na nogach niż zaspać. - przyznałem. Skoro już się obudziłem postanowiłem jakoś wykorzystać ten czas. Odświeżyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i zdążyłem się jeszcze douczyć do kartkówki z matematyki, która mnie dziś czekała. Pożegnałem się z Kevinem, z którym mogłem zobaczyć się dopiero wieczorem na imprezie i wyszedłem z mieszkania kierując się do garażu. Zapaliłem światło w pomieszczeniu i podszedłem do czarnego Harley'a wrzucając torbę do bagażnika. Założyłem kask, wsiadłem na motor i odpaliłem go. Kliknąłem przycisk w pilocie wmontowanym do kierownicy, który uaktywnił otwieranie garażu. Zasuwa otworzyła się. Szybko opuściłem pomieszczenie z towarzyszącym mi charakterystycznym charkotem. Zasuwa garażu zamykała się automatycznie, więc nie musiałem się o to martwić. Przemknąłem przez miasto w dość szybkim tempie i dotarłem na szkolny parking. Odpowiednio zabezpieczyłem motor i ruszyłem w stronę placówki. Już z parkingu widziałem pełne podwórko ludzi. Jedni siedzieli na trawniku próbując się jeszcze przygotowywać do kartkówek, a inni chodzili tu i tam załatwiając różne sprawy. Ściągnąłem kask z głowy roztrzepując uklepane włosy. Po drodze udało mi się odnieść go do szatni. Miałem jeszcze sporo czasu do lekcji, więc postanowiłem się jeszcze przygotować do klasówki, ale nie miałem ochoty siedzieć w środku. Znalazłem sobie pustą ławeczkę na uboczu, z której miałem doskonały widok na wszystkich i wszystko. Wyjąłem z torby podręcznik i zacząłem go jeszcze raz przeglądać. Mimo to wciąż byłem czujny na to co się wkoło mnie działo. Kątem oka zauważyłem kogoś kto najwyraźniej o tej czujności zapomniał. Wpatrywał się w jakiś notes, a na dodatek miał na głowie kaptur. Obserwowałem go przez jakiś czas... jego spokojny krok, smukłą sylwetkę i schowaną pod szarym kapturem twarz. Z moich myśli wybiło mnie zderzenie obserwowanego obiektu z... kimś. Na pewno nie był to ktoś fajny ani tym bardziej kulturalny:
-Jak chodzisz, cieniasie?! - warknął – Może byś tak ściągnął ten cholerny kaptur i patrzył co się wkoło ciebie dzieje, co? - mruknął ściągając zasłonę z głowy chłopaka. Moim oczom wtedy ukazała się rozczochrana, brązowa czupryna i jasna, mleczna cera młodego chłopaka. Skrzywiłem się patrząc na zachowanie dresa:
-Może trochę grzeczniej, co? - wstałem podchodząc do dwójki.
-A ty co się wtrącasz, Scar? - zapytał wściekle chłopak, który okazał się być członkiem grupy " prawdziwych mężczyzn ", którzy wiecznie szukali zaczepki.
-Tylko nie Scar, bo jak cię spotkam pewnej nocy w ciemnej uliczce to ci nogi z dupy powyrywam. - zagroziłem.
-Taa... jasne. Możemy się kiedyś umówić na jakąś bitkę, jeśli się nie boisz. - zakpił, uśmiechając się szyderczo. Ja przywykłem do takich zaczepek i normalnie bym to zignorował, ale przy tym chłopaku nie chciałem wyjść na tchórza. W błyskawicznym tempie znalazłem się tuż przy oprawcy. Przyłożyłem mu scyzoryk do szyi. Zawsze trzymałem go w kieszeni na nagłe wypadki. Nikt za bardzo nie przyglądał się nam oprócz bruneta mozolnie zbierającego  kartki z ziemi. Spojrzałem na mężczyznę tym swoim strasznym wzrokiem psychopaty. Silny błękit moich oczu mógł naprawdę przerażać:
-Wiesz... na razie to działasz mi ostro na nerwy. Gdyby nie fakt, że tak dużo tu ludzi to już bym cię zabił, więc teraz... - powiedziałem przyciszonym głosem -... spierdalaj i to w podskokach. - szepnąłem mu do ucha. Zadrżał i nabrał powietrza do płuc... nie oddychał. Przejechałem tępą stroną noża po jego szyi i schowałem go znów do kieszeni. Odsunąłem się od niego, patrząc wymownie i oczekując jego odejścia. Zmierzył mnie przerażonym spojrzeniem i odszedł, by później uciekać w podskokach. Zaśmiałem się triumfalnie i odwróciłem się w stronę chłopaka. Podniósł ostatnią kartkę i wstał ze spuszczoną głową. Całą jego twarz zasłaniały teraz gęste, lśniące włosy. Już miał mnie wyminąć kiedy zagrodziłem mu drogę ręką. Wróciłem go z powrotem przed swoje oblicze:
-A " dziękuję " już mi się nie należy? - zapytałem żartobliwie.
-Poradziłbym sobie. - mruknął.
-No jasne ty mocarzu. - powiedziałem imitując głos " silnego " mężczyzny - Ja jednak jestem niczym ten Robin Hood i wtryniam się tam gdzie ktoś obrywa za nic. - zażartowałem – No i co masz tak spuszczoną głowę? Przecież to nie była twoja... - uniosłem jego podbródek, widząc przepiękne miedziane oczy. Uciąłem zdanie wpatrując się w ich zawziętość. Jeszcze chwilę i by mnie pochłonęły jak czarna dziura, ale w porę się opamiętałem - ... winy. - puściłem jego podbródek, wsadzając rękę do kieszeni. Odchrząknąłem i wróciłem do siebie:
-Wybacz mi moje maniery... jestem Jean Langrish. Chodzę do klasy artystyczno-polonistycznej, więc mogłeś o mnie słyszeć. Często piszę scenariusze do sztuk teatralnych i się o mnie wspomina przy ich realizacji. A ty jak się nazywasz? W ogóle przepraszam za tą całą szopkę, ale strasznie nie lubię takich ludzi jak właśnie tamten typ. - wskazałem głową w stronę, w którą uciekł.

( Levi? Jeśli zechcesz mnie zabić... proszę bardzo. Pisałam co mi przyszło do głowy ;_; )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz