Zaczął
się kolejny zwykły dzień. Z samego rana obudziły mnie hałasy
dochodzące z sąsiedniego pokoju. Mozolnie otworzyłem oczy i
spojrzałem na zegarek. Była godzina piąta rano. Mruknąłem
wściekle i zerwałem się z łóżka zmierzając na korytarz.
Otworzyłem cicho drzwi i stanąłem przed sąsiednimi. Walnąłem w
nie, mówiąc:
-Kevin!
Ciszej trochę! - szybko muzyka ucichła i na zewnątrz wyszedł mój
bardzo dobry przyjaciel, który od jakiegoś czasu mieszkał razem ze
mną i właśnie dziś wyprowadzał się na własną chatę.
-Sorry,
stary. Chciałem sprawdzić sprzęt przed dzisiejszą domówką. Rano
przyjeżdżają goście od przeprowadzek i chciałem wszystko
przygotować. - wytłumaczył się.
-Aaa...
spoko. Kompletnie o tym zapomniałem. - podrapałem się po karku –
Cicho będzie tutaj bez ciebie. - westchnąłem.
-Przecież
przeprowadzam się niedaleko. Zawsze jak będziesz się nudził to
możesz do mnie wpaść, a nawet przyjść jak mnie nie będzie. -
zapewnił – Zapasowe klucze od mojego mieszkania zostawię ci w
kuchni. Jak coś nie zawahaj się przyjść. - klepnął mnie po
ramieniu.
-Ty
też zachowaj moje klucze. Jak coś to wpadaj. - uśmiechnąłem się.
-Dzięki.
Słuchaj... dziś nie będzie mnie w szkole. Cały dzień przeznaczę
na wypakowywanie i przygotowanie imprezy. Przyjdziesz, prawda? -
zapytał, chcąc się upewnić.
-No
jasne! Jak mógłbym nie przyjść? - zapytałem, rozkładając ręce.
-Wiem,
wiem. Chciałem się tylko upewnić. - poklepał mnie po ramieniu –
Zagrasz na mojej imprezie? - zapytał podekscytowany.
-Okey.
- wzruszyłem ramionami. Już dawno planowałem dać mały koncert na
imprezie Kevina, ale jakoś nie było okazji:
-Dzięki,
stary. I jeszcze razy sorki za to, że cię obudziłem.
-Spoko.
Lepiej jest być wcześniej na nogach niż zaspać. - przyznałem.
Skoro już się obudziłem postanowiłem jakoś wykorzystać ten
czas. Odświeżyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i zdążyłem
się jeszcze douczyć do kartkówki z matematyki, która mnie dziś
czekała. Pożegnałem się z Kevinem, z którym mogłem zobaczyć
się dopiero wieczorem na imprezie i wyszedłem z mieszkania kierując
się do garażu. Zapaliłem światło w pomieszczeniu i podszedłem
do czarnego Harley'a wrzucając torbę do bagażnika. Założyłem
kask, wsiadłem na motor i odpaliłem go. Kliknąłem przycisk w
pilocie wmontowanym do kierownicy, który uaktywnił otwieranie
garażu. Zasuwa otworzyła się. Szybko opuściłem pomieszczenie z
towarzyszącym mi charakterystycznym charkotem. Zasuwa garażu
zamykała się automatycznie, więc nie musiałem się o to martwić.
Przemknąłem przez miasto w dość szybkim tempie i dotarłem na
szkolny parking. Odpowiednio zabezpieczyłem motor i ruszyłem w
stronę placówki. Już z parkingu widziałem pełne podwórko ludzi.
Jedni siedzieli na trawniku próbując się jeszcze przygotowywać do
kartkówek, a inni chodzili tu i tam załatwiając różne sprawy.
Ściągnąłem kask z głowy roztrzepując uklepane włosy. Po drodze
udało mi się odnieść go do szatni. Miałem jeszcze sporo czasu do
lekcji, więc postanowiłem się jeszcze przygotować do klasówki,
ale nie miałem ochoty siedzieć w środku. Znalazłem sobie pustą
ławeczkę na uboczu, z której miałem doskonały widok na
wszystkich i wszystko. Wyjąłem z torby podręcznik i zacząłem go
jeszcze raz przeglądać. Mimo to wciąż byłem czujny na to co się
wkoło mnie działo. Kątem oka zauważyłem kogoś kto najwyraźniej
o tej czujności zapomniał. Wpatrywał się w jakiś notes, a na
dodatek miał na głowie kaptur. Obserwowałem go przez jakiś
czas... jego spokojny krok, smukłą sylwetkę i schowaną pod szarym kapturem twarz. Z moich myśli wybiło mnie zderzenie
obserwowanego obiektu z... kimś. Na pewno nie był to ktoś fajny ani tym bardziej kulturalny:
-Jak
chodzisz, cieniasie?! - warknął – Może byś tak ściągnął ten
cholerny kaptur i patrzył co się wkoło ciebie dzieje, co? -
mruknął ściągając zasłonę z głowy chłopaka. Moim oczom wtedy
ukazała się rozczochrana, brązowa czupryna i jasna, mleczna cera
młodego chłopaka. Skrzywiłem się patrząc na zachowanie dresa:
-Może
trochę grzeczniej, co? - wstałem podchodząc do dwójki.
-A
ty co się wtrącasz, Scar? - zapytał wściekle chłopak, który
okazał się być członkiem grupy " prawdziwych mężczyzn ",
którzy wiecznie szukali zaczepki.
-Tylko
nie Scar, bo jak cię spotkam pewnej nocy w ciemnej uliczce to ci
nogi z dupy powyrywam. - zagroziłem.
-Taa...
jasne. Możemy się kiedyś umówić na jakąś bitkę, jeśli się
nie boisz. - zakpił, uśmiechając się szyderczo. Ja przywykłem do
takich zaczepek i normalnie bym to zignorował, ale przy tym chłopaku
nie chciałem wyjść na tchórza. W błyskawicznym tempie znalazłem
się tuż przy oprawcy. Przyłożyłem mu scyzoryk do szyi. Zawsze
trzymałem go w kieszeni na nagłe wypadki. Nikt za bardzo nie
przyglądał się nam oprócz bruneta mozolnie zbierającego kartki z
ziemi. Spojrzałem na mężczyznę tym swoim strasznym wzrokiem
psychopaty. Silny błękit moich oczu mógł naprawdę przerażać:
-Wiesz...
na razie to działasz mi ostro na nerwy. Gdyby nie fakt, że tak dużo
tu ludzi to już bym cię zabił, więc teraz... - powiedziałem
przyciszonym głosem -... spierdalaj i to w podskokach. - szepnąłem
mu do ucha. Zadrżał i nabrał powietrza do płuc... nie oddychał.
Przejechałem tępą stroną noża po jego szyi i schowałem go znów
do kieszeni. Odsunąłem się od niego, patrząc wymownie i oczekując
jego odejścia. Zmierzył mnie przerażonym spojrzeniem i odszedł,
by później uciekać w podskokach. Zaśmiałem się triumfalnie i
odwróciłem się w stronę chłopaka. Podniósł ostatnią kartkę i
wstał ze spuszczoną głową. Całą jego twarz zasłaniały teraz
gęste, lśniące włosy. Już miał mnie wyminąć kiedy zagrodziłem
mu drogę ręką. Wróciłem go z powrotem przed swoje oblicze:
-A
" dziękuję " już mi się nie należy? - zapytałem
żartobliwie.
-Poradziłbym
sobie. - mruknął.
-No
jasne ty mocarzu. - powiedziałem imitując głos " silnego "
mężczyzny - Ja jednak jestem niczym ten Robin Hood i wtryniam się
tam gdzie ktoś obrywa za nic. - zażartowałem – No i co masz tak
spuszczoną głowę? Przecież to nie była twoja... - uniosłem jego
podbródek, widząc przepiękne miedziane oczy. Uciąłem zdanie
wpatrując się w ich zawziętość. Jeszcze chwilę i by mnie
pochłonęły jak czarna dziura, ale w porę się opamiętałem - ...
winy. - puściłem jego podbródek, wsadzając rękę do kieszeni.
Odchrząknąłem i wróciłem do siebie:
-Wybacz
mi moje maniery... jestem Jean Langrish. Chodzę do klasy
artystyczno-polonistycznej, więc mogłeś o mnie słyszeć. Często
piszę scenariusze do sztuk teatralnych i się o mnie wspomina przy
ich realizacji. A ty jak się nazywasz? W ogóle przepraszam za tą
całą szopkę, ale strasznie nie lubię takich ludzi jak właśnie
tamten typ. - wskazałem głową w stronę, w którą uciekł.
(
Levi? Jeśli zechcesz mnie zabić... proszę bardzo. Pisałam co mi
przyszło do głowy ;_; )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz