wtorek, 4 sierpnia 2015

Od Leviego cd. Jeana.

Westchnąłem i spojrzałem w jego oczy. Miałem wrażenie jakbym w nich tonął, nie wiem czemu... podoba mi się to. Rzuciłem się na niego i przytuliłem się do niego. Był ode mnie o wiele wyższy, przy głowie miałem jego klatkę piersiową. Czułem jego niespokojnie szybkie bicie serca, słyszałem płytki oddech. Po chwili rozluźnił mięśnie i odwzajemnił uścisk. Czułem się w tym momencie naprawdę bezpiecznie... jak nigdy...
-Przepraszam... i dziękuję... - mruknąłem cicho roniąc jedną łzę wsiąkającą szybko w materiał polarowej bluzy chłopaka.
-Za co? - szepnął cicho głosem niższym niż zwykle. Gdy go usłyszałem zrobiło mi się nagle tak bardzo dobrze... ciepło...
-Uratowałeś mnie przed dresem, pomogłeś w wirtualnym świecie i teraz jakoś tak mi przykro... - uroniłem wielki potok łez z trudem powstrzymując szloch - Potraktowałem cię jak śmiecia, zwyzywałem i uciekałem... Wiesz jak źle się z tym teraz czuję?!
Nic nie odpowiedział. Zaniosłem się okropnym, przeciągniętym szlochem... zapewne cały lasek i okolice mnie słyszały.
-Chodźmy stąd... - mruknął mi nad uchem.
-Nie chcę iść na lekcje - powiedziałem. Pociągnąłem go za rękę w stronę fabryki.

 * * * * *
Stanęliśmy w windzie. Wpisałem kod i zjechaliśmy w dół. Spojrzałem na niego... nadal ściskałem jego dłoń.
-Znamy się jeden dzień... wiem, że to niewłaściwe ale... - dokończyłem zdanie pocałunkiem. Spojrzał na mnie zszokowany, a po chwili odwzajemnił pocałunek.

<Jean? Wybacz, że tak krótko ;-;>

Od Michi cd. Yuu i Yumi.

"Tylko nie One..." lamentowałam w myślach, gdy na naszej drodze stanęła Riss i jej paczka. Dziewczyna była znana ze swojego wyglądu i wyjątkowo wrednego charakteru. Wysoka blondynka cała w samoopalaczu i błyszczących dodatkach, zagadała tym swoim piskliwym głosikiem:
- O! Oprowadzasz maluchy Michi.
- Riss śpieszy nam się, pogadamy później. - próbowałam ją zbyć.
- Maluszki idą na papu. - zapiszczała, a jej chórek wybuchnął śmiechem.
- "Maluszki?!" - powtórzył wściekle Yuu
Jego twarz była się purpurowa i stał wściekły z zaciśniętymi pięściami. Spojrzałam panicznie na Yumi i błagałam ją wzrokiem by powstrzymała brata. Yumi niechętnie złapała chłopaka za rękę.
- Tak - kręcąc długim palcem wskazała bliźniaka.
Gdy Yuu ruszył do przodu na twarzy Riss pojawił się strach. Wszyscy wstrzymali oddech, gdy nagle czyjeś długie ręce powstrzymały chłopaka. "Ufff... Masao", wysoki chłopak o fioletowych włosach stanął pomiędzy nimi.
- Spokojnie młody. - powiedział Mass
Riss nagle spoważniała i teatralnie przewróciwszy oczami podążyła dalej korytarzem bez słowa. Masao był jedyną osobą, którą darzyła szacunkiem ta żmija. Był o rok starszy, choć chodził z nami do klasy.
- Mogę się przyłączyć? Też idę w tamtą stronę. - Zapytał nas puszczając rękę z barku wściekłego Yuu, który wywiercał dziurę w plecach Riss.
<Yumi? Yuu?>

Od Yuu cd. Leviego.

To było coś naprawdę niesamowitego. Wirtualizacja do gry przez lata była niemożliwa. Naukowcy próbowali coś budować... nawet te maszyny czasu i nic, a tu proszę! Zwykła, opuszczona fabryka, a takie cuda skrywa. Może jednak przyjazd do Londynu nie był do końca złym pomysłem? Rozważałem tę opcję do czasu, aż rozległ się po fabryce dźwięk dzwonka mojego telefonu. Razem z Yumi spojrzeliśmy sobie w oczy. To na pewno byli rodzice. Pewnie dzwonili ze sto razy jak byliśmy w grze i jak znam życie byli teraz wściekli jak stado os. Wyciągnąłem telefon z kiszeni. Okazało się, że dzwonił tata, którego było trudno przegadać:
-Halo? - odebrałem telefon trzymając go nieco dalej od ucha. Chciałem się jeszcze poszczycić niezawodnym słuchem, a z ryjem mojego ojca to nie byłoby możliwe.
-Gdzie wy do kurwy nędzy jesteście? - wrzasnął. Moja brew zadrgała. Nie mogłem teraz dostać szlabanu... nie ma opcji.
-A jak myślisz? Wyszliśmy na spacer. - odpowiedziałem starając się zachować pewny głos.
-Na spacer? - zaśmiał się – Na spacer, tak? Czy tu ze mną w kulki lecisz? Matka chciała na policję dzwonić, a ty mi mówisz, że poszliście na spacer o czwartej w nocy? Macie w trybie natychmiastowym wyjść z kryjówki, a jak już przyjdziecie to sobie poważniej pogadamy. - zagroził. Skrzywiłem się. Nie wierzył mi, tak? To ja mu zaraz pokażę!
-Skoro mi nie wierzysz, to twój problem. - mruknąłem.
-Twoim problemem będzie szlaban, który dostaniecie jak w ciągu pięciu minut nie znajdziecie się w domu. - rzucił groźbą. Rozwścieczył mnie tym jeszcze bardziej.
-Aha... super! Nie dość, że robicie co chcecie i nawet nie mówicie, że macie w planach jakiś wyjazd na drugi koniec świata to jeszcze teraz dacie nam szlaban? Super! Zajebiście, kurwa... - zaśmiałem się kpiąco.
-Jak ty się wyrażasz?
-Tak jak się wyrażam. Nie słyszysz? Może ci powtórzyć? A... zapomniałem. Przecież ty czytasz w myślach. No nic... to ja kończę. Ciau! - i się rozłączyłem słysząc tylko jakieś krzyki po drugiej stronie. Oczywiście cała rozmowa przebiegła w języku japońskim i tylko Yumi znała treść, choć Levi za pewne domyślił się jaki charakter miała ta rozmowa. Westchnąłem ciężko spoglądając na nią i... zauważyłem jakiś brak. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie dojrzałem Oberona:
-Yumi... gdzie zgubiłaś Oberona? - spytałem niepewnie.
-O, boże! Zapomniałam o nim. Jak mogłam? Levi... musimy się wrócić do sali, w której jest komputer. - zwróciła swój błagalny głos na postać chłopaka, który ewidentnie już się pogubił w tym wszystkim:
-Jakiego kota? - zapytał chyba nie wierząc w to co słyszy.
-Mojego kota Oberona. To on nas tu zaprowadził... to niezwykły kot mający szósty zmysł. Musimy po niego wrócić. - chłopak najwyraźniej nie miał nic przeciwko. Wzruszył tylko ramionami i wrócił do windy razem z Yumi. Ja zostałem na parterze. Ta rozmowa odebrała mi całą radość z tego co tu widziałem i przeżyłem. Chciałem rzucić się na łóżko i nie wstawać przez najbliższe godziny. Żałowałem tego co powiedziałem ojcu. Yumi również dostanie szlaban mimo to, że nic nie powiedziała. Ja i moja niewyparzona gęba... gdyby były olimpiady na najgorszego brata to bez wątpienia zdobyłbym na niej wysokie wyróżnienie. Byłem starszy i raczej powinienem zachowywać się lepiej. Byłem na siebie wściekły. Fakt, że jesteśmy w zupełnie nowym miejscu dobijał nas już wystarczająco, choć po spotkaniu Levi'ego i zobaczeniu cudów tutejszego " krajobrazu " na pewno była to mniejsza siła przygnębienia, lecz to rozgoryczenie nie ustępowało. Przecież nigdy nie chodziło o to, że się przeprowadzamy tylko o to, że dowiedzieliśmy się o tym dzień przed wyjazdem. No kto mądry tak robi, ja się pytam. Chodziłem wkurzony w te i z powrotem bijąc się z własnymi myślami. Nagle rozległ się dźwięk windy.
-Wracają. - powiedziałem do siebie. Zasuwa się otworzyła. Na szczęście zguba się znalazła. Nie wiem czy powinienem się cieszyć czy kwiczeć w niebo głosy z wściekłości.

( Levi? Ja wiem, że masz wakacje i przepraszam za to, że cię tak poganiałam ;_; )

Od Jeana cd. Leviego.

Co to było za pojebane miejsce?! W sumie to sam nie wiem dlaczego zależało mi na tym, aby chłopak za mną biegł? Być może moja podświadomość pragnęła zaprowadzić go w jakieś ustronne miejsce i wypytanie o to, co spowodowało jego nagłą ucieczkę? Sam czasem nie rozumiałem swojego umysłu. W każdym bądź razie siedziałem wtedy na wygodniutkim fotelu przed komputerem bez myszki i co ważniejsze... mogłem się na coś przydać. Posłusznie wpisywałem wszystkie kody podane przez Levi'ego, gdy po chwili z mapki zniknął niski chłopak, którego imię to chyba Yuu... tak, Yuu. Coś go zestrzeliło, ale było to coś co było poza polem widzenia na mapce. To wszystko stawało się jeszcze dziwniejsze, ale miałem zamiar wszystkiego się dowiedzieć zaraz tylko jak będzie po wszystkim. Po chwili z windy wyszedł owy przyjaciel Levi'ego. Był chłopcem drobnej postury, ale jego charakter był raczej porywczy. Podszedł do fotela wskazując mi ręką, że powinienem odstąpić mu to miejsce. Niezwłocznie to zrobiłem, bo było drobne prawdopodobieństwo, że coś bym zepsuł ... oczywiście niechcący. Oparłem się o ścianę zastanawiając nad tym, co stało się wcześniej. Czemu Levi chciał się mnie pozbyć? Nie mógł zwyczajnie powiedzieć, że wyjaśni mi później? Mógł nawet skłamać, bo zapewne jakby to powiedział to dałbym mu spokój, ale po co skoro można było mi z pół obrotu zajebać? Co z tego, że byłem od niego wyższy, postawniejszy i przede wszystkim bardziej doświadczony. No błagam... nie pierwsza to i nie ostatnia moja bójka. Ale to i tak było nic w porównaniu z tym co stało się później. Jego łzy... nie chciałem przecież nic złego. Kurde, ucieka mi nagle, nie reaguje na wołania, nic nie mówi... no który kretyn nie pobiegłby za nim? Chyba tylko taki, który miał go totalnie gdzieś, a ja nie miałem go " totalnie gdzieś ". Kurde, ale się wszystko porypało.
-Levi, oszalałeś?! - krzyknął Yuu co od razu wybiło mnie z zamyślenia. Podszedłem do ekranu, na którym pojawiło się jakieś okienko przypominające jakiś pojedynek z boss'em. Najwidoczniej było to coś bardzo niebezpiecznego jak na tamtą chwilę.
-Kurde... co jest?! - zapytałem przestraszony.
-Nie ma szans, aby to przeżył. Kuźwa, musisz iść do skanera, ale migiem! - zwrócił się do mnie z przerażeniem w oczach.
-Że co, słucham? - zapytałem nie pewny znaczenia tego " rozkazu ".
-Nie ma gadania! Idź do windy. Zjedziesz na piętro poniżej i tam wejdziesz do jednej takiej świecącej tuby, jasne?! - zapytał ledwo trzymając na wodzy swoje emocje. Okey... było coraz dziwniej, ale skoro Levi'emu groziło niebezpieczeństwo nie miałem zamiaru stać i się patrzyć. Nie wiedziałem co prawda na co się porywam, ale co tam? Przeżyję jak zawsze. Niezwłocznie znalazłem się w windzie, która zjechała na niższe piętro.
-Wejść do oświetlonej tuby, tak? - powiedziałem do siebie.
-Tak, obojętnie do której. - powiedział już nieco spokojniej jakiś głos z sufitu.
-No błagam... nie ma tu nic innego jak kamery i głośniki? - mruknąłem.
-Nie ma opcji, kolego. Nie wiem co byś zmajstrował bez mojej pomocy, a teraz w końcu przestań gadać i wejdź do tego cholernego skanera, bo jak nie to będziemy mieli totalnie przesrane. - warknął.
-Okey, okey... bez spin. - wszedłem do tego jak to nazwał Yuu " skanera ", który zaraz zamknął się uniemożliwiając mi powrót. Poczułem dziwny powiew wiatru i nagłą lekkość, która zaraz się skończyła upadkiem na ryj przy towarzyszącym temu charakterystycznym dźwiękiem " klap ".
-Piękny początek... - mruknąłem próbując się podnieść, ale zaraz znowu wylądowałem na ziemi... tym razem na dupie.
-Co do cholery?! - zapytałem raczej sam siebie, ale gdzieś nade mną usłyszałem śmiech – No coś taki cwany, co? - zapytałem domyślając się, że jest to chłopak obsługujący kompa – Pierwszy raz jest zawsze najtrudniejszy... myślałem, że wiesz. - odpowiedziałem ponownie spoglądając na nogi. Rolki? Nice! Tym razem udało mi się ustać na nogach:
-No dobra... to gdzie mam jechać? - spytałem.
-Nie widzisz ich? - spytał Yuu. Rozejrzałem się wokół i tak... teraz ich zauważyłem. Jakaś kula przypominająca tą do kręgli strzelała w stronę Levi'ego, który już resztkami sił unikał strzałów.
-Okey... zabawmy się. - uśmiechnąłem się chytrze i ruszyłem w ich stronę. W sumie to nie wiem jak to się stało, że znalazłem się za kulą w mgnieniu oka. Nie posiadałem żadnego pistoletu ani nawet jakiegoś miecza, więc jedyne co mogłem zrobić to spróbować zepchnąć wroga z przepaści, która wcześniej przykuła moją uwagę.
-Hyaaa! - natarłem na kulę jakbym miał zamiar wyważyć drzwi i o dziwo... dało to oczekiwany skutek. Po chwili zdezorientowany potwór spadł z krawędzi tonąc w jakiejś dziwnej wodzie.
-Jeden zero, bitch! - zaśmiałem się radośnie. Jestem w grze zaledwie parę sekund, a już pokonałem boss'a. Nie wiem jak długo się jeszcze wydurniałem, ale po chwili zacząłem dziwnie znikać. Czyżby to było tylko tyle? Chyba tak, bo po chwili znowu znalazłem się w tym samym skanerze, ale jak tylko otworzyłem oczy zakręciło mi się w głowie. Złapałem się krawędzi  i na szczęście ochroniłem się przed upadkiem. Trzepnąłem głową i zamrugałem parę razy oczami do chwili aż wszystko wróciło do normy. Wyszedłem z urządzenia napotykając Yuu:
-No i co? Łyso ci teraz? - zapytałem.
-Nie, ani trochę. Każdy idiota może zepchnąć kulę do cyfrowego morza. - wzruszył ramionami.
-Ta, ta... jasne. Widzę, że my tu mamy samych mocarzy. - poczochrałem go po włosach. Ten wspaniały rytuał przerwało otwieranie się sąsiedniego skanera. Wyczołgał się z niego prawie, że nie przytomny Levi. Podbiegłem do niego łapiąc go w ramiona, bo prawdopodobnie gdybym go nie złapał to spotkałby się z twardą podłogą:
-Levi... wszystko okey? - zapytałem z troską na co chłopak zaczął odzyskiwać świadomość. Po chwili jego twarz oblała się obfitym rumieńcem. Odskoczył ode mnie jak poparzony:
-Nie, nie, nie! Nic mi nie jest! Serio! Wszystko jest w porząsiu. - tłumaczył machając rękami.
-Serio... sami mocarze tutaj. Chyba taki cherlak ja ja tutaj nie pasuje. - stwierdziłem żartobliwie drapiąc się po karku. Po chwili, po zakłopotaniu na twarzy Levi'ego nie było śladu.
-Jak on... - wskazał na mnie ręką -... znalazł się w grze? - spytał się Yuu na co ten tylko wytrzeszczył oczy.
-Ty się jeszcze pytasz? Gdybyś zginął to kto by aktywował wieżę? - spytał z pretensjami na co Levi tylko westchnął odpowiadając:
-Racja. Dobrze zrobiłeś.
-Mam nadzieję, że i ja zostanę pochwalony. - wtrąciłem z uśmiechem.
-Chyba śnisz! Oddawaj kartkę! - no i sobie przypomniał. Zacząłem przeszukiwać kieszenie. W jednej z nich była kartka, ale nie miałem zamiaru jej teraz oddawać. Pomyślałem, że gdybym ją oddał prawdopodobnie nigdy bym się nie dowiedział co tu się wyprawia, a tak to mogła być moją monetą przetargową. Spojrzałem na zegarek. Cholera... byłem nieźle spóźniony, a przecież miałem kartkówkę. Czyżby to przepiękny zbieg okoliczności?
-Och... wybaczcie przyjaciele, ale jestem już spóźniony na klasówkę. Muszę wracać. Pogadamy później. - i szybko pobiegłem do windy. Oczywście próbowali mnie zatrzymać, ale z tego co wiedziałem to tylko komputer był w stanie ją zatrzymać, więc cmoknąłem tylko do moich kolegów i już zniknąłem za drzwiami windy. Szybko znalazłem się na parterze i ruszyłem w stronę, z której przybiegłem tylko... był jeden problem. Zjechałem na linie, a ta niestety była w górę. Skrzywiłem się szukając jakiś schodów, ale nic takiego nie wypatrzyłem, ale za to był wyjazd dla pojazdów. Wybiegłem nim z budynku i zniknąłem w labiryncie leśnych ścieżek. Na szczęście już miałem pomysł jak się wytłumaczyć nauczycielce. Po drodze trochę się pobrudziłem, by był lepszy efekt. Koniec końców dotarłem do szkoły. Mijałem puste korytarze, aż w końcu wpadłem do swojej sali. Wszyscy spojrzeli w moją stronę z niejakim zdziwieniem. Matematyczka przejęta moim wyglądem spytała:
-Rety... co się stało, Jean? Wszystko w porządku? - podeszła spoglądając na mnie uważniej.
-Byłem u wujka na budowie coś odebrać... i jeden z jego pracowników... nie chcący przymknął mnie w ich kantorze. Trochę... im zeszło zanim mnie wypuścili. - powiedziałem zrezygnowany – A tak się przygotowywałem do tej kartkówki. - westchnąłem.
-Spokojnie... to nie twoja wina. Przyjdź do mnie po lekcjach. Dam ci klasówkę i ją sobie spokojnie napiszesz. - powiedziała z uśmiechem – Teraz sobie usiądź i odpocznij. - skinąłem na to głową ciągle udając wykończonego. U mnie była cała klasa takich cwaniaków jak ja, dlatego byliśmy jedną z najlepiej uczących się klas. Usiadłem pod oknem, by po chwili znów pogrążyć się w myślach. Dzisiaj mogło być naprawdę ciekawie.


~~~

Podczas przerwy obiadowej szukałem mojej małej zguby – Levi'ego. Plastyka i grafika, tak? Klasę kojarzyłem, ale nie wiedziałem gdzie mógłby być chłopak. Hmm... może stołówka? Tak, to było to. Skierowałem się do osobnego budynku z wielkimi oknami. Ukradkiem wypatrywałem dwójki, która zapewne jadła razem obiad. W końcu mi się udało i akurat byli tuż przy oknie. Cichutko w nie zapukałem. Chłopcy rozejrzeli się, aż w końcu zauważył mnie Yuu. Coś powiedział Levi'emu, który zaraz potem spojrzał na mnie z chęcią mordu. Pomachałem mu kartką przez okienko i zacząłem odchodzić z nią wesoło podskakując. Widać było, że jego kolega chciał pobiec z nim, ale nasz Levi to typ samotnego zabójcy i kategorycznie mu zabronił. No i... pogoń się zaczęła:
-Wracaj tu, ty sukinsynu! - wrzasnął.
-Spróbuj mnie złapać. - pomachałem mu. Co chciałem zrobić? Skierować go w jakieś odludnione miejsce. Wiem, że było to ryzykowne, ale... zginąć z takich pięknych rączek to nie grzech. Starałem się omijać nauczycielskie " patrole " co szło mi jak z płatka. W końcu skręciłem w alejkę tuż za budynkiem szkoły. Za ogrodzeniem był las, więc wątpliwe było, że ktoś nas zauważy lub usłyszy. Zaczaiłem się na chłopaka tuż przy krawędzi i kiedy biegł, złapałem go w pasie i przyłożyłem do ściany blokując nadgarstki.
-Puszczaj mnie, bo cię zabiję! - mruknął wściekle.
-Nie chcę ci zrobić krzywdy... zrozum to w końcu. Chce się dowiedzieć co nieco o tym co dzisiaj widziałem w fabryce i oczywiście oddać ci kartkę. - powiedziałem spokojnie – Także... wyluzuj. - puściłem go.


( Levi? Pisanie yaoi to taka fajna rzecz :3 )

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Od Leviego cd. Jeana.

Działa mi na nerwy... ale w jakiś dziwny, pociągający sposób.
-Levi Silvershoot... plastyka i grafika... - powiedziałem cicho, patrząc na notatki.
-O, a co to? - spytał i nie dając mi ani chwili na reakcję wyrwał mi plik kartek z rąk. W tym samym momencie w moim plecaku coś zaczęło brzęczeć. Wyjąłem z mojej już poobijanej, starej kostki laptopa na którym były wypisane logi o aktywowanej wieży. "Kurwa... proszę, nie teraz!", pomyślałem robiąc wielkie oczy.
-Wszystko gra? Ej! Czekaj! - krzyknął za mną gdy nagle zerwałem się z miejsca i pobiegłem do fabryki. -Poczekaj!
-Uczepił się mnie... dobrze, że Yumi mnie uczyła... - mruknąłem i nagle wyprowadziłem kopniaka z półobrotu. Chłopak bez problemu złapał mnie za kostkę i uderzył mną o drzewo, a wszystkie notatki wyleciały w powietrze. Nie dam się zrobić w chuja. Odbiłem się od drzewa i zacząłem łapać kartki. "Raz... dwa... trzy... cztery... pięć... sześć?!", liczyłem w myślach i przerażony zauważyłem jak chłopak biegnie z ostatnią kartką w stronę fabryki.
-Oddawaj to sukinsynu! - krzyknąłem. Wbiegł do fabryki. "Mam go...", uśmiechnąłem się złowrogo. Ześlizgnąłem się po linie, a potem wsiadłem do windy.
-Levi, co się dzieje? Czemu nie ma cię na teście? - szeptał Yuu przez telefon.
-S.O.S... mamy przesrane. Wirus atakuje, a jakiś zjeb spierdolił mi z ostatnią częścią notatek... - powiedziałem patrząc jak drzwi od windy otwierają się. Wyszedłem z niej, a zza ściany rzucił się na mnie ten sam koleś. Stukot upadającego Samsunga poniósł się po fabryce.
-Levi? Levi! - słyszałem cichy głos Yuu w słuchawce. W tym momencie sytuacja była serio napięta. Przełknąłem głośno ślinę czując łzy zbierające się w kącikach oczu. Zabije mnie... zabije. Jego twarz była tak blisko... aż cud, że nie stykaliśmy się nosami. Nie miał groźnego spojrzenia, wręcz przeciwnie, ale to nie powstrzymywało mnie do szlochania i ronienia coraz większej ilości łez.
-Zostaw mnie... - mruknąłem cicho próbując bezwładnie ruszać rękoma blokowanymi przez chłopaka. Bez skutku. Superkomputer wyświetlił błąd. Momentalnie się zerwałem zrzucając z siebie chłopaka, szybko siadłem na fotel i włączyłem wiersz poleceń. Zamknąłem niepotrzebne okna i szybko zadzwoniłem do Yuu.
-Yuu, co u ciebie? - spytałem.
-Tak jestem już w windzie, a ty zgubiłeś tego zjeba co cię gonił? - policzki mi poczerwieniały.
-Zaraz, co... - zaczął chłopak.
-Można tak powiedzieć! - wykrzyknąłem szybko. Drzwi się rozsunęły.
-A Yumi? - spytałem.
-Chora...
-Okej, skaczemy we dwóch - mruknąłem odpalając program. Weszliśmy we dwójkę do windy zostawiając chłopaka w niezręcznym szoku. Weszliśmy do skanerów.
-Yuu... czy ja jestem introwertykiem? - spytałem cicho.
-Hmm... Nie wydaje mi się, przynajmniej w mniejszej grupie. A co się stało, że pytasz? - zaniepokoił się.
-Nie... nic, nic... - drzwi od skanera zamknęły się. Transfer... Skan... Wirtualizacja. Spokojnie spadłem na kolanko, tym razem Yuu poszło lepiej, bo pięknie spadł na dupę.
-No, to teraz jestem super naukowcem z superkomputerem i superludźmi w komputerze. Bla, bla, bla... - gadał bez sensu Jean - No, to teraz sobie usiądę i będę patrzył jak superludzie robią super rozpierdol w superkomputerze!
-Jean, a ty wiesz, że my to słyszymy? - powiedziałem.
-Ow...
-Dawaj, biegniem panie Rion.
-Te, Asshu, nie podskakuj mi tu - uśmiechnąłem się. - Jean, jeżeli nie spaliłeś się ze wstydu, to powiem ci jak możesz nam pomóc.
-Jak?
-Wciśnij F6 na klawiaturze, powinna ci się wyświetlić mapa. Potem F2 i wpisz tam w okienko "char:roles" potem "char:stats_multi" i "char:check" i powinny ci się otworzyć takie dziwne okienka. Potem wpisz w te okienko "enemy:check" i tyle.
-No, wszystko jest - powiedział Jean. - A tak btw, coś czerwone na tej mapie do was idzie.
-To "coś czerwone" jest serio czerwone! - krzyknął Yuu wskazując na kraba.
-Znowu one... leć, będę cię osłaniał - Yuu kiwnął głową i zaszarżował. Stałem z dala od pola walki używając bariery i leczenia. W ten sposób udało nam się wybić wszystkich... a przynajmniej tak się wydawało do czasu aż zobaczyłem jak ciało Asshu'a znika w pikselach...
-Wybacz, Levi... - powiedział Yuu, będąc już przed komputerem. Zapewne przejął stery - Uważaj, masz tylko 25 na 100 punktów życia, ale nie lecz się, bo nie będziesz mógł już używać zaklęć. Lepiej się ukryj...
-Spokojnie, poszukam wieży - powiedziałem zapominając o tym, że coś przed chwilą go zabiło. Wielka, metalowa kula zaczęła się do mnie toczyć. Na małym panelu przy mojej ręce pokazało się "Rion V.S. enemy:megatank"
-Levi, oszalałeś?!?! - ryknął na cały głos Yuu.

<Yuu, Żan?>

Od Jeana.

Zaczął się kolejny zwykły dzień. Z samego rana obudziły mnie hałasy dochodzące z sąsiedniego pokoju. Mozolnie otworzyłem oczy i spojrzałem na zegarek. Była godzina piąta rano. Mruknąłem wściekle i zerwałem się z łóżka zmierzając na korytarz. Otworzyłem cicho drzwi i stanąłem przed sąsiednimi. Walnąłem w nie, mówiąc:
-Kevin! Ciszej trochę! - szybko muzyka ucichła i na zewnątrz wyszedł mój bardzo dobry przyjaciel, który od jakiegoś czasu mieszkał razem ze mną i właśnie dziś wyprowadzał się na własną chatę.
-Sorry, stary. Chciałem sprawdzić sprzęt przed dzisiejszą domówką. Rano przyjeżdżają goście od przeprowadzek i chciałem wszystko przygotować. - wytłumaczył się.
-Aaa... spoko. Kompletnie o tym zapomniałem. - podrapałem się po karku – Cicho będzie tutaj bez ciebie. - westchnąłem.
-Przecież przeprowadzam się niedaleko. Zawsze jak będziesz się nudził to możesz do mnie wpaść, a nawet przyjść jak mnie nie będzie. - zapewnił – Zapasowe klucze od mojego mieszkania zostawię ci w kuchni. Jak coś nie zawahaj się przyjść. - klepnął mnie po ramieniu.
-Ty też zachowaj moje klucze. Jak coś to wpadaj. - uśmiechnąłem się.
-Dzięki. Słuchaj... dziś nie będzie mnie w szkole. Cały dzień przeznaczę na wypakowywanie i przygotowanie imprezy. Przyjdziesz, prawda? - zapytał, chcąc się upewnić.
-No jasne! Jak mógłbym nie przyjść? - zapytałem, rozkładając ręce.
-Wiem, wiem. Chciałem się tylko upewnić. - poklepał mnie po ramieniu – Zagrasz na mojej imprezie? - zapytał podekscytowany.
-Okey. - wzruszyłem ramionami. Już dawno planowałem dać mały koncert na imprezie Kevina, ale jakoś nie było okazji:
-Dzięki, stary. I jeszcze razy sorki za to, że cię obudziłem.
-Spoko. Lepiej jest być wcześniej na nogach niż zaspać. - przyznałem. Skoro już się obudziłem postanowiłem jakoś wykorzystać ten czas. Odświeżyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i zdążyłem się jeszcze douczyć do kartkówki z matematyki, która mnie dziś czekała. Pożegnałem się z Kevinem, z którym mogłem zobaczyć się dopiero wieczorem na imprezie i wyszedłem z mieszkania kierując się do garażu. Zapaliłem światło w pomieszczeniu i podszedłem do czarnego Harley'a wrzucając torbę do bagażnika. Założyłem kask, wsiadłem na motor i odpaliłem go. Kliknąłem przycisk w pilocie wmontowanym do kierownicy, który uaktywnił otwieranie garażu. Zasuwa otworzyła się. Szybko opuściłem pomieszczenie z towarzyszącym mi charakterystycznym charkotem. Zasuwa garażu zamykała się automatycznie, więc nie musiałem się o to martwić. Przemknąłem przez miasto w dość szybkim tempie i dotarłem na szkolny parking. Odpowiednio zabezpieczyłem motor i ruszyłem w stronę placówki. Już z parkingu widziałem pełne podwórko ludzi. Jedni siedzieli na trawniku próbując się jeszcze przygotowywać do kartkówek, a inni chodzili tu i tam załatwiając różne sprawy. Ściągnąłem kask z głowy roztrzepując uklepane włosy. Po drodze udało mi się odnieść go do szatni. Miałem jeszcze sporo czasu do lekcji, więc postanowiłem się jeszcze przygotować do klasówki, ale nie miałem ochoty siedzieć w środku. Znalazłem sobie pustą ławeczkę na uboczu, z której miałem doskonały widok na wszystkich i wszystko. Wyjąłem z torby podręcznik i zacząłem go jeszcze raz przeglądać. Mimo to wciąż byłem czujny na to co się wkoło mnie działo. Kątem oka zauważyłem kogoś kto najwyraźniej o tej czujności zapomniał. Wpatrywał się w jakiś notes, a na dodatek miał na głowie kaptur. Obserwowałem go przez jakiś czas... jego spokojny krok, smukłą sylwetkę i schowaną pod szarym kapturem twarz. Z moich myśli wybiło mnie zderzenie obserwowanego obiektu z... kimś. Na pewno nie był to ktoś fajny ani tym bardziej kulturalny:
-Jak chodzisz, cieniasie?! - warknął – Może byś tak ściągnął ten cholerny kaptur i patrzył co się wkoło ciebie dzieje, co? - mruknął ściągając zasłonę z głowy chłopaka. Moim oczom wtedy ukazała się rozczochrana, brązowa czupryna i jasna, mleczna cera młodego chłopaka. Skrzywiłem się patrząc na zachowanie dresa:
-Może trochę grzeczniej, co? - wstałem podchodząc do dwójki.
-A ty co się wtrącasz, Scar? - zapytał wściekle chłopak, który okazał się być członkiem grupy " prawdziwych mężczyzn ", którzy wiecznie szukali zaczepki.
-Tylko nie Scar, bo jak cię spotkam pewnej nocy w ciemnej uliczce to ci nogi z dupy powyrywam. - zagroziłem.
-Taa... jasne. Możemy się kiedyś umówić na jakąś bitkę, jeśli się nie boisz. - zakpił, uśmiechając się szyderczo. Ja przywykłem do takich zaczepek i normalnie bym to zignorował, ale przy tym chłopaku nie chciałem wyjść na tchórza. W błyskawicznym tempie znalazłem się tuż przy oprawcy. Przyłożyłem mu scyzoryk do szyi. Zawsze trzymałem go w kieszeni na nagłe wypadki. Nikt za bardzo nie przyglądał się nam oprócz bruneta mozolnie zbierającego  kartki z ziemi. Spojrzałem na mężczyznę tym swoim strasznym wzrokiem psychopaty. Silny błękit moich oczu mógł naprawdę przerażać:
-Wiesz... na razie to działasz mi ostro na nerwy. Gdyby nie fakt, że tak dużo tu ludzi to już bym cię zabił, więc teraz... - powiedziałem przyciszonym głosem -... spierdalaj i to w podskokach. - szepnąłem mu do ucha. Zadrżał i nabrał powietrza do płuc... nie oddychał. Przejechałem tępą stroną noża po jego szyi i schowałem go znów do kieszeni. Odsunąłem się od niego, patrząc wymownie i oczekując jego odejścia. Zmierzył mnie przerażonym spojrzeniem i odszedł, by później uciekać w podskokach. Zaśmiałem się triumfalnie i odwróciłem się w stronę chłopaka. Podniósł ostatnią kartkę i wstał ze spuszczoną głową. Całą jego twarz zasłaniały teraz gęste, lśniące włosy. Już miał mnie wyminąć kiedy zagrodziłem mu drogę ręką. Wróciłem go z powrotem przed swoje oblicze:
-A " dziękuję " już mi się nie należy? - zapytałem żartobliwie.
-Poradziłbym sobie. - mruknął.
-No jasne ty mocarzu. - powiedziałem imitując głos " silnego " mężczyzny - Ja jednak jestem niczym ten Robin Hood i wtryniam się tam gdzie ktoś obrywa za nic. - zażartowałem – No i co masz tak spuszczoną głowę? Przecież to nie była twoja... - uniosłem jego podbródek, widząc przepiękne miedziane oczy. Uciąłem zdanie wpatrując się w ich zawziętość. Jeszcze chwilę i by mnie pochłonęły jak czarna dziura, ale w porę się opamiętałem - ... winy. - puściłem jego podbródek, wsadzając rękę do kieszeni. Odchrząknąłem i wróciłem do siebie:
-Wybacz mi moje maniery... jestem Jean Langrish. Chodzę do klasy artystyczno-polonistycznej, więc mogłeś o mnie słyszeć. Często piszę scenariusze do sztuk teatralnych i się o mnie wspomina przy ich realizacji. A ty jak się nazywasz? W ogóle przepraszam za tą całą szopkę, ale strasznie nie lubię takich ludzi jak właśnie tamten typ. - wskazałem głową w stronę, w którą uciekł.

( Levi? Jeśli zechcesz mnie zabić... proszę bardzo. Pisałam co mi przyszło do głowy ;_; )

Od Leviego cd. Yuu

Biegłem ile sił w nogach w kierunku dziwnej budowli zwanej przeze mnie wieżą. To wyglądało jak tuba wrośnięta jakimiś ciemnymi korzeniami. Drogę zastąpiły mi cztery stwory - dwa kraby i dwie kostki.
-No nie... zostawcie mnie - powiedziałem. Przerzuciłem stronę w książce, rzuciłem ją na ziemię i wycelowałem w nią palcem. Gdy zamknąłem oczy rozległ się błysk, a po chwili stwory obijały się o wielkie kawałki lodu rozrzucone po biomie. Wszedłem do wieży, a gdy stanąłem na środku platformy jakaś dziwna siła uniosła moje wirtualne ciało na następną platformę, gdzie znajdował się ekran. Dotknąłem go, a na nim pojawił się duży napis "DEAKTYWACJA". Momentalnie moje ciało się rozbiło, a cały świat dookoła mnie zniknął. Poczułem jak upadam na drzwi skanera, a potem na ziemię gdy się otworzyły.
-Levi! Żyjesz? - podbiegł do mnie Yuu.
-Nie sądzę - powiedziałem ironicznie.
-Też tak miałem, a w grze nie czułem żadnych skutków.
-Kumulują się, a po dewirtualizacji czujesz je jakbyś robił nie wiadomo co...
Yuu pomógł mi wstać i po chwili byliśmy na parterze fabryki.

<Ściana tekstu, wybacz Edku... Mam taki zapierdol + JESTEM NA WAKACJACH -.->