Było całkiem późno, słońce chowało się za horyzontem leniwie oblewając jaskrawym światłem nas i cały las. Szliśmy trzymając się za ręce ścieżką wydeptaną kilka lat temu przez dresów pijących nieopodal alkohol.
-Która jest godzina? - spytał Jean. Wyjąłem telefon z kieszeni i włączyłem wyświetlacz.
-Osiemnasta... ominęliśmy obiad - mruknąłem. Usłyszałem burczenie w brzuchu chłopaka, sam też byłem bardzo głodny.
-Pójdziemy może na miasto coś zjeść? - rzucił pomysłem. Czy on czyta mi w myślach? Przycisnąłem się mocniej do jego ramienia. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem mu pod pachę.
-Pewnie... - powiedziałem spokojnie. Zeszliśmy na chodnik. Przy kawiarence stały parasole, a tam siedziała Riss z koleżanką. Zrobiłem zdziwioną minę zauważając, że Riss cały czas sączy wodę mineralną, a jej znajoma je ciasto. Podeszliśmy, a dziewczyna złapała mnie za zamek od bluzy i przyciągnęła do siebie. Zacząłem się spinać. Zacisnąłem dłoń tak mocno, że Jean jęknął, a jego nadgarstek posiniał.
-Czego? - spytałem z ignoranckim tonem.
-Nic, tak chciałam się przywitać - powiedziała robiąc przy tym debilnie szczęśliwą minę - Kup mi jeszcze jedną... - mruknęła do dziewczyny siedzącej na przeciwko jej podając jej butelkę.
-Serio? Chlać wodę w kawiarni? Trzeba mieć tupet... - zacząłem.
-Taki kwiatuszek jak ja musi dużo pić, nieprawdaż? - wyszczerzyła zęby - Nie tak jak takie chwasty jak ty i twój kochaś.
-Pij, pij to może w końcu mózg ci wykiełkuję - uśmiechnąłem się jej i pociągnąłem Jeana za sobą.
-Levi, kto to był? - spytał zdziwiony patrząc na kretynkę z której twarzy po kilku sekundach dotarło co powiedziałem.
-Riss, taka kretynka z humana... tam większość takich siedzi, a co? - spytałem. Blondy wyciągnęła telefon i zaczęła szybko klikać.
-Nie wygląda na głupią... - mruknął. Resztę dnia spędziliśmy na jedzeniu croisantów, piciu kawy i gadaniu o pierdołach.
* * * * *
Wyszedłem z sali - jak zwykle ostatni. Z kapturem na głowie, z włosami opuszczonymi na twarz. Zszedłem schodami w dół omijając wszystkich nieznajomych slalomem w drodze do stołówki. Wziąłem tylko słodką bułkę i wyszedłem na zewnątrz. Pod drzewem siedział Jean. Gdy go zobaczyłem zerwałem się z miejsca i z rzadko spotykanym u mnie zacieszem rzuciłem się na niego.
-Jean! - krzyknąłem gdy przygwoździł mnie do zimnej trawy.
-Nie strasz mnie tak więcej! - powiedział naburmuszony wstając po książkę którą rzucił za siebie.
-No, no... co ja paczę! - powiedział złośliwy głos. To Riss podeszła ze swoimi "gorylkami". -I co, żadnego buziaka na dzieńdobry mu nie dałeś, Levi? Gdzie twoje maniery, wczoraj wyglądaliście na zadowolonych.
-Młoda, spadaj stąd, co? - Jean wstał i stanął za mną. Czułem się przy nim strasznie niski, teraz Riss nie patrzyła w oczy mi, a jemu.
-Taki ładny chłopak, a marnujesz się dla tego smutnego emo... założę się, że ten cnotliwy pedałek boi się ciebie pocałować... A szkoda, bo ja bym cię przygarnęła.
-Coś powiedziała?! - krzyknąłem - Zostaw go w spokoju, albo... albo...
-Albo co? Pobijesz mnie? Boisz się pocałować własnego chłopaka, ja się dziwię, że nie wstydzisz się pokazywać publicznie - zaśmiała się - No na co czekasz, daj mu buzi! Cmok, cmok, cmok!
Zacisnąłem pięści, silnym ruchem dłoni odepchnąłem Riss do tyłu. Złapałem Jeana za kołnierz i soczyście go pocałowałem. Zrobił wielkie oczy, a na jego policzkach zagościły rumieńce.
-Co tu się dzieje, suko? - spytała Yumi podchodząc do mnie i Jeana. Dopiero po paru sekundach zauważyłem, że cały czas jesteśmy sklejeni.
<Jean, Yumi?>